niedziela, 24 listopada 2013

Nigdy nie będzie takiego koncertu

W zeszłą sobotę mieliśmy okazję gościć w Klubie Muzycznym Młyn (Gniezno) krakowski zespół Świetliki. Zespół określający się mianem "zespołu brutalnych doświadczeń" na swoim facebooku.

Osobiście, pierwszy raz miałam też szansę odwiedzić sam Młyn, o którym już nie raz słyszałam, ale jakoś nigdy wcześniej moja noga tam nie postała. Do samego klubu nie sposób nie trafić. Sąsiaduje on z ogromnym parkingiem równie ogromnego marketu i nijak się nie wpisuje do tego krajobrazu.
Wewnątrz, typowe dla rockowego pokroju klubów wykończenie- surowe czerwone cegły, zdjęcia kultowych postaci oraz zespołów na ścianach itd. Budynek piętrowy, na dole znajduje się bar. Scena znajduje się na parterze ale występy można również obserwować z pierwszego piętra.

Klub Muzyczny Młyn w Gnieźnie
Wnętrze klubu, typowo rockowy klimat

Tłum leniwie wypełniał wnętrze klubu. Koncert miał zacząć się o godzinie 19, ale rozpoczął się z poślizgiem. Fani musieli się pogodzić z faktem, że lider grupy- Marcin Świetlicki odpalał papierosa za papierosem.
Podczas występu usłyszeć można było głównie utwory z najnowszej płyty zespołu zatytuowanej "Sromota". Pomimo niechęci wykonawców do zaprezentowania stargo repertuaru pojawiły się także utwory takie jak "Filandia", znana szerszej publiczności głównie dzięki wykonaniu Bogusława Lindy. Nie zabrakło również freestylowej imporwizacji Grzegorza Dyducha na temat Gniezna.

Świetliki w swoim żywiole

Koncert trwał około dwóch godzin. Na koniec była możliwość spotkania się z częścią zespołu oraz uzyskanie autografów. Była również szansa kupna płyt, plakatów i innych gadżetów.
Do Świetlików nie będę przekonywać, jest to grupa bardzo specyficzna i albo ją się kocha albo nienawidzi. W Gnieźnie znalazło się wielu miłośników zespołu, w klubie podczas koncertu znajdowało się około 100 osób. Jest to niezły wynik jeśli mowa o tak charakterystycznej muzyce, nie znanej komercyjnej publiczności. Aczkolwiek, Świetliki znajdują się obecnie na liście przebojów Trójki. 

Widok na zespół "z góry"

Było to niewątpliwie wyczekiwane w Gnieźnie wydarzenie. Czekam na więcej oraz na kolejną okazję odwiedzenia tego klubu. Poza klubami w Poznaniu jest to miejsce warte odwiedzenia w Wielkopolsce, przy okazji wizyty w pierwszej stolicy naszego kraju.


niedziela, 17 listopada 2013

Living in the Moonlight

Huczne obchody 11-tego listopada w Poznaniu nie stanowiły końca wydarzeń kulturalnych dobiegającego do końca tygodnia. We wtorek mieliśmy przyjemność gościć u siebie zespół będący czołowym przedstawicielem rocka progresywnego. Mowa o zespole Collage, który przerywa milczenie po 10 latach i od końca października zaczął koncertować z nowym wokalistą- Karolem Wróblewskim, znanym chociażby z zespołu Believe.

Debiutujący w Collage- Karol.

Koncert odbył się w poznańskim klubie "U Bazyla", który obfituje w różnorodne wydarzenia muzyczne. Dla osób niewtajemniczonych,jest typowo wyglądający pub dla fanów mocniejszego brzmienia. 
Mając na uwadze, że rock progresywny jest raczej niszową (a szkoda!) muzyką w naszym kraju, nie będę się zbytnio rozpisywać na temat zalet (bo przecież nie wad) ani omawiać kolejno utwory.

Występ poprzedzała grupa Retrospective, która dawała radę, ale nie oszukujmy się- wszyscy zgromadzeni czekali aż po tylu latach ud im się usłyszeć pierwsze dźwięki legendarnego Collage na żywo.
Chłopakom z zespołu trzeba przyznać, że są oni magikami i potrafią zaczarować publiczność poprzez podróż do świata niesamowitych dźwięków. Karol rewelacyjnie zastąpił poprzednich wokalistów zespołu wnosząc jednocześnie świeżość oraz swoją wyjątkową wrażliwość sceniczną. Występ był po prostu piękny. Mało która grupa muzyczna jest w stanie tak zahipnotyzować i uwieść słuchaczy.

Mirek Gil w akcji.

Po koncercie uczestnicy mieli okazję spotkać się z wykonawcami. Jest to dużą zaletą takich kameralnych występów, kiedy to mamy nasz ukochany zespół na wyciągnięcie ręki. Zwłaszcza, gdy jest on tak sympatyczny...W kuluarach Karol zdradził między innymi, że grupa pracuje nad nowym materiałem, który ukarze się w przyszłym roku. Jest to nie lada gratka dla utęsknionych fanów.

Kto nie słyszał o Collage, myślę że najwyższa pora nadrobić zaległości. W latach 90-tych, za sprawą albumu "Moonshine" grupa przechodziła swój renesans, mam nadzieję, że dzięki nowej płycie dadzą się szerzej poznać młodszym odbiorcom. Amen.


niedziela, 10 listopada 2013

...i ten niemiec co ciągle gra w metallice

 Korzystając z wolnego długiego weekendu miałam wczoraj okazję wybrać się do kina na seans 3D filmu "Metallica: Through the Never". Z niewiadomego względu podchodziłam do tego filmu sceptycznie, sama jego zapowiedź wydawała mi się lekko dziwna. Faktycznie, film ten to nic innego jak przeplatanka koncertu tego kultowego zespołu z historią "chłopca na posyłki", będącego członkiem ekipy technicznej zespołu, który dostaje tajemnicze zlecenie. Drugi wątek jest wyjątkowo płytki i miał na celu chyba wyłącznie pokazanie efektów specjalnych. Makabryczne sceny samopodpalenia czy walk ulicznych w zasadzie nic nie wnoszą, a jedyna myśl jaka mi przychodziła w ich trakcie to "obym nigdy nie musiała znaleźć się w Vancouver"- tam też rozgrywała się akcja filmu.

Szczerze mówiąc, bardziej podobałoby mi się gdyby film nie był niczym innym aniżeli koncertem zarejestrowanym w 3D. Trzeba przyznać, że przedstawiony koncert był dość widowiskowy poprzez scenografię, światła oraz pirotechnikę. Na Metallice byłam dotychczasowo dwa razy i pod tym względem nie wywarli na mnie jakiegoś niesamowitego wrażenia. Na filmowy gig z chęcią bym się wybrała.

Podsumowując, film to nie lada gratka dla fanów ciężkiego brzmienia, ale sama koncepcja jakoś do mnie nie przemówiła. Może trafi on bardziej do nastolatków zafascynowanych klimatami zombie. Muszę jednak się przyznać, że od wczoraj u mnie w głośnikach króluje właśnie dawno nie słuchana Metallica :)



niedziela, 20 października 2013

Fenomen Yankee Candle

Przyszła jesień, więcej czasu spędzamy w domu z dobrą książką i gorącym ulubionym napojem. Idealnym uzupełnieniem do tej scenki jest oczywiście zapach, który utrzymałby odpowiedni nastrój.

Od jakiegoś czasu, hitem internetu są świece marki Yankee Candle. Już od jakiegoś czasu huczy o nich cały internet, ale ja się skusiłam dopiero teraz, w dobie spędzania wieczorów częściej w domu. Początkowo zastanawiałam się "o co wszystkim chodzi, przecież to zwyczajna świeczka". Uległam temu całemu szaleństwu i będąc ostatnio w Warszawie skusiłam się na zakup. Jako, że ceny są dość powalające postanowiłam zacząć moją świeczkową przygodę od kupna tak zwanych samplerów oraz wosków.
Pierwszy zakup
Sporym szokiem dla mnie, po odpakowaniu okazał się fakt, że woski nie mają knotów! Tego się nie spodziewałam, ale oczywiście nie byłam jedyną nieuświadomioną osobą i w internecie znalazłam instrukcję. Woski pali się oczywiście w kominkach umieszczając pod spodem tealighta. O zapachach nie będę się rozpisywać, ponieważ każdy ma własny gust. Mogę dodać jedynie, że zapachów jest mnóstwo, przy wyborze można dostać zawrotu głowy, ale myślę, że przed zakupem pełnowymiarowej świeczki warto sprawdzić czy nam dany zapach faktycznie pasuje.

Przyznać muszę, że faktycznie- świeczki pachną mocno i ich zapach wypełnia cały nasz dom. Są też dość wydajne- czas palenia się samplera to ok. 15h a wosku 8 h. Wiele osób radzi też, by wosk rozkruszyć na mniejsze części ale wówczas taki kawałek starcza na mniej czasu i przy kolejnym paleniu nie wydziela już zapachów.
Sampler w akcji :)
Czasem zdarza się, że popularna i mocno reklamowana w internecie rzecz okazuje się zupełnym bublem. W przypadku świec Yankee Candle tak nie jest. Faktycznie są one lepsze jakościowo niż świeczki kupowane w popularnych marketach. Czy się skuszę na zakup pełnowymiarowej świeczki w słoiczku? Hmm...w ostatnim tygodniu otwarty został nowy sklep w centrum Poznania oferujący m.in. te świeczki. Może na święta się skuszę :)

niedziela, 13 października 2013

U sąsiada trawa zawsze bardziej zielona- czyli Wilno w pigułce

Nigdy nie myślałam o Wilnie jako o "must see". Do wyjazdu skusiła mnie w zasadzie promocja Simple Express- szybkie sprawdzenie terminów oraz destynacji i w ten sposób, zupełnie przypadkowo wybór padł na stolicę Litwy. Wcześniej miasto to kojarzyło mi się tendencyjnie z Mickiewiczem, kaziukami oraz uniwersytetem. Echem odbiła się również rzekomo panująca niechęć do Polaków.

Nasza przygoda rozpoczęła się w piątek wieczorem, całe szczęście tłumów w busie nie było także przejazd był całkiem komfortowy. Rano wylądowaliśmy na Litwie. Zostawiliśmy rzeczy w hotelu i zaspani ruszyliśmy "na miasto". W momencie, gdy miasto (oraz my) budziło się do życia zdążyliśmy zrobić sobie tradycyjne zdjęcia przy Ratuszu, rynku starego miasta, pałacu prezydenckim czy placu katedralnym.
Pomnik Giedymina na Placu Katedralnym
Przypadkiem zorientowaliśmy się, że lepiej trafić nie mogliśmy przy wyborze terminu, w mieście rozpoczynały się akurat Dni Stolicy. Podczas weekendu każdy mógł znaleźć coś dla siebie, od koncertów zespołów reprezentujących bardzo zróżnicowane gatunki muzyczne, po występy artystów, stragany z rękodziełem oraz knajpki na świeżym powietrzu serwujące niesamowitą kuchnię. Festiwal skupiał się nie tylko na jednej ulicy, w wielu zaułkach można było natrafić na mini koncerty czy eventy. Pierwszy dzień spędziliśmy w myśl zasady "act like lokal" i spędziliśmy sporo czasu na kosztowaniu Litwy poprzez smaki oraz dźwięki.
Feeria smaków na Dniach Stolicy
Na temat litweskiej kuchnii powstała niejedna książka, ja prywatnie stałam się fanką kwasu chlebowego       ( swoją drogą po powrocie odnotowałam kampanię pewnej marki tychże produktów u nas w Polsce). Udało nam się także wejść na wzgórze zamkowe, z którego rozprzestrzeniała się piękna panorama miasta. Co było dla nas zaskoczeniem i zaznaczyłam też w tytule postu, w czasie gdy u nas w kraju aura była coraz bardziej jesienna a otaczające barwy żółto-brązowe, w Wilnie trawa była niczym na Wimbledonie. Soczysta, równie przystrzyżona zieleń- był to dla mnie taki ostatni powiew lata. Nie bez kozery Wilno szczyci się tytułem najbardziej zielonej europejskiej stolicy.
Panorama miasta
Drugiego dnia z kolei postanowiliśmy nastawić się na zobaczenie jak największej ilości zabytków oraz ciekawych miejsc. Pomimo, że Wilno jest dość kompaktowym miastem postanowiliśmy zwiedzać je...na rowerach. Był to strzał w dziesiątkę i wszystkim mogę ten sposób przemieszczania się polecić. Na pierwszy ogień dotarliśmy do jednego z najbardziej urokliwych miejsc stolicy- tak zwanej Republiki Zarzecza leżącej w zakolu rzeki Wilenki. Dzielnica ta porównywana jest często do paryskiego Monmartu z racji na swój artystyczny charakter.
Kłódki na moście zakochanych
Zarzecze posiada własną konstytucję, prezydenta, ambasadorów czy nawet biskupa, o licznych urokliwych zaułkach nie wspominając.
Konstytucja Republiki Zarzecza
Mijając po drodze liczne parki (z grającymi fontannami!) w drodze do Góry Trzech Krzyży utwierdziłam się w przekonaniu, że mieszkańcy miasta lubią spędzać czas na świeżym powietrzu. Trzeba przyznać, że Wilno pod względem krajobrazowym ma naprawdę wiele do zaoferowania.
Góra Trzech Krzyży
Po zjeździe z góry (który był zdecydowanie przyjemniejszy niż wjazd) postanowiliśmy przeprawić się na drugą stronę Wilii (Neris), gdzie królowały przeszklone wieżowce udowadniające, że Wilno to nie tylko bogata tradycja i historia ale także rozwijające się centrum biznesu.
Widok na "city"
Wracając, naszą uwagę przykuły "brzegi miłości" znajdujące się między mostem Króla Mendoga a Zielonym mostem. Po obu stronach rzeki znajdują się kwiatowe napisy wyznające sobie "As tave myliu", czyli kocham Cię. Wieczór postanowiliśmy spędzić ponownie dopieszczając swoje podniebienia na terenie święta miasta, czyli największej dorocznej imprezy odbywającej się w Wilnie. Po 22 pędziliśmy na autobus mający zabrać nas do domu. Noc minęła również w podróży, rankiem obudziliśmy się już na terenie kraju.
Ratusz wileński
Na temat zabytków postanowiłam się nie rozpisywać, w sieci można znaleźć kilka rewelacyjnych przewodników oraz wiele przydatnych porad i rekomendacji. Poprzez ten post chciałabym zachęcić wszystkich do odwiedzenia Wilna i złamania stereotypów, że jest to miasto idealna na emeryckie wycieczki. Z wrogością do języka polskiego się nie spotkaliśmy, wręcz po polsku się dogadywaliśmy bez najmniejszego problemu. Trzeba przyznać, że Wilno to nie tylko historia i zabytki, ale miasto oferujące nam niesłychanie wiele ciekawych oraz przyjemnych miejsc.
Latająca krowa na elewacji jednego z budynków
Co mi się osobiście podobało to fakt, że atrakcje nie były w jakiś sposób obłożonych turystami, miasto było spokojne i miałam w głowie myśl, że musi to być fajne miejsce do życia. Z jednej strony stolica, wiele wydarzeń kulturalnych, rozwijające się centrum biznesu a z drugiej strony wszech otaczająca zieleń, skwerki, parki, urocze knajpki- było widać, że ludzie nie są w biegu. Wilno jest miejscem równowagi i balansu pomiędzy tym co aktywne i leniwe oraz zabytkowe i nowoczesne. Zdecydowanie polecam, idealne miejsce na weekendowy wypad.